środa, 25 lutego 2015

Rozdział 33. Łyżką po łapkach.

Spojrzałam spod zmarszczonych brwi na Marcela, który dość skutecznie uniemożliwiał mi wejście do bloku. Położyłam ręce po bokach, dość sugestywnie patrząc się na drzwi za chłopakiem. Ale on niemalże całkowicie mnie ignorował, co chwilę sprawdzając telefon. W końcu szarpnęłam go za kurtkę, próbując wymusić, żeby w końcu łaskawie się odsunął. Miałam już serdecznie dość tego dnia. W pracy zostałam zawalona dodatkowymi papierzyskami przez Alex, a w drodze z nimi do Breckel stałam praktycznie przez dwie godziny w korku. Byłam mocno zdziwiona, widząc samego Jurgena sprzątającego piłki po treningu. Pomogłam mu wszystko doprowadzić do porządku, przy okazji oddając mu wyniki badań, które powinny pomóc wszystkim piłkarzom w dopasowaniu do ich potrzeb metod treningowych. On też nie był specjalnie rozmowny na temat, gdzie zniknęli piłkarze. Odpowiedział mi dość wymijająco, żadnych konkretów. Także dodzwonienie się dzisiaj do Marco graniczyło z cudem, bo za każdym razem, kiedy to robiłam, słyszałam tylko jego głos nagrany na automatycznej sekretarce.  Byłam coraz bardziej zdenerwowana i sfrustrowana takim stanem rzeczy. Nie dość, że z każdą chwilą marzłam coraz bardziej, to nie wymyśliłam żadnego sposobu na to, żeby nakłonić Fornella na wpuszczenie mnie do środka. Tupnęłam obcasem o betonowy chodnik, na co potrafił odpowiedzieć tylko drwiącym uśmieszkiem. Drgnął gwałtownie, najwyraźniej odczytując jakąś interesującą wiadomość na rozświetlonym ekranie komórki.
- Pozwolisz? - zapytał śmiało, otwierając przede mną drzwi. Z ledwo widocznym grymasem na twarzy wkroczyłam do środka, od razu kierując swoje kroki w kierunku windy. U mojego stanął rozbawiony szatyn, towarzysząc mi przez całą drogę.  Byłam teraz niemal pewna, że coś jest nie tak. Znając życie, uknuli coś wścibskiego z Reus'em, mającego na celu trafne wyprowadzenie mnie z równowagi. Sama nie wiem, dlaczego od samego ranka chodzę taka zła. Może dlatego, iż Niemiec raczył zostawić mi na komodzie krótką karteczkę z informacją o imprezie u Robina i prawdopodobnie nie wróci na noc? Chociaż... to wszystko nie trzymało się ładu. Co tutaj robił ich jeden z wierniejszych przyjaciół, jeśli tamci dwaj bardzo dobrze się bawili? Nie raz widziałam dobrze rozluźnionego przyjaciela mojego chłopaka po alkoholu i innych, bardziej odurzających trunkach, ale teraz prawie dławił się śmiechem, zasłaniając usta dłonią.
- Z czego tak bardzo się cieszysz? - warknęłam nieprzyjemnie, wyjmując kluczyki do mieszkania.
- Nie wolno mi? - odparł, udając oburzonego. Przyłożył dłoń do klatki piersiowej, kilkakrotnie się w nią poklepując. Pokręciłam głową, mamrocząc tylko coś braku kultury. Bynajmniej w głębi duszy tak naprawdę bardzo go lubiłam, mimo tego, że najczęściej podczas naszych wspólnych spotkań na kawie razem z klubową jedenastką, uwielbiał przy każdej możliwej okazji robić mi na złość.
- Przecież tobie wszystko wolno, więc dlaczego zadajesz aż tak głupie pytania?
Pokazałam mu język, jak umiejętnie poradził mi kiedyś mój chłopak, który teraz nie chciałby znaleźć się na mojej drodze. Stał sobie spokojnie, niewzruszony moim ostrym warknięciem. Kiedy tylko winda stanęła na właściwym piętrze, wypadłam z niej niczym struś pędziwiatr i ruszyłam w kierunku właściwych drzwi. Włożyłam klucze do zamka, przekręcając je z głośnych chrzęstem. Nawet nie musiałam się oglądać, żeby wiedzieć, że Marcel stoi tuż za mną. Otworzyłam swobodnie wejście, dostrzegając całe mieszkanie spowite w mroku. Zaczęłam błądzić ręką po ścianie w poszukiwaniu któregoś z włączników, niestety jak na złość nie znalazłam żadnego. Zaklęłam cicho, prawie potykając się...
- Niespodzianka!
Zamrugałam powiekami, kiedy do moich oczu dobiegło zbyt dużo światła po dłuższej chwili przebywania w mroku. W dość obszernym salonie ujrzałam niemalże wszystkich piłkarzy Borussi, włączając w to ich dziewczyny i żony. W całym tym doborowym gronie nie mogło zabraknąć także Jurgena z Ullą, który niemal niezauważalnie puścił oko w moim kierunku, kiedy dołączył do niego ten perfidny zdrajca. Nad sufitem pałętały się różnokolorowe balony oraz transparent na moją cześć. Na fotelu wygodnie rozsiadła się Alex, trzymając na kolanach kolorową torebkę. Wszyscy zaczęli Sto lat!' , a ja dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi.
wiwatować, śpiewać '
Marco wyforsował się na przód całej grupy, z uniesionych podbródkiem spoglądając prosto w moje roziskrzone oczy. Od tak, przy wszystkich, pocałował mnie dość...namiętnie, czym skutecznie wywołał gromki aplauz całej zgromadzonej publiczności. Kiedy już postanowił udostępnić mi dopływ powietrza, z małej, białej torebeczki wyjął bransoletkę. Był to cienki, aksamitny w dotyku rzemyk, na którym wisiało złote serduszko z wygrawerowanym napisem, którego nie dało się odczytać na pierwszy rzut oka. Dopiero kiedy skierowałam je pod światło, mogłam ujrzeć dedykację. 'Dla kobiety, która zawróciła mi w głowie ~ Marco' - przeczytałam w myślach, drżącymi opuszkami gładząc metalową powierzchnię. Reus delikatnie zapiął ją na moim nadgarstku, następnie odwracając się w stronę zgromadzonych. Wszyscy mieli w dłoniach kieliszek szampana, który po wielokrotnym odśpiewaniu życzeń wypili duszkiem.
- Skąd wiedziałeś, że mam dzisiaj urodziny? - zapytałam konspiracyjnym szeptem, kiedy to przyszło do krojenia tortu.
- Powiedzmy w tajemnicy, że mu trochę pomogliśmy! - zawołali chórem Mats, Kuba i Łukasz. Trzepnęłam każdego po kolei łyżką po łapkach, zanosząc się przy tym ze śmiechu. Mogłam się tego wszystkiego domyślić, ale jak zwykle zdołali zachować całą niespodziankę w tajemnicy. Ostatnio zaczęłam zacieśniać swoje stosunki z dwoma piłkarzami z Polski. Nawet dobrze się dogadywaliśmy, co mogę powiedzieć też o Ewie i Agacie. Z trudem przepchnęłam się przez tłum, po drodze jeszcze raz zbierając serdeczne życzenia i uściski. W końcu zdołałam dotrzeć do Alex, która nadal siedziała na swoim miejscu. Bez mrugnięcie okiem wcisnęła mi do ręki torebkę, która intrygująco zagrzechotała. Zachęcona przeze mnie wstała powoli, delikatnie obrysowując swój lekko wypukły brzuch, którego nikt już nie dziwił. Pamiętam dzień, w którym to Kehl postanowił tak oficjalnie przedstawić ją innym. Szatynka niepotrzebnie się stresowała, ponieważ nikt nie zrobił z tego problemu. Po raz któryś wznieśli toast z moim imieniem na swoich ustach. Ale ja tak patrzyłam na jedne, które były mi naprawdę drogie.

                                                                 **********

Odłożyłam bransoletkę na wieszak do biżuterii stojący na komódce. Zaczęłam rozczesywać splątane włosy, w których złośliwie zaczęły tworzyć się kołtuny. Musiałam nieźle się namęczyć, żeby doprowadzić je do znośnego stanu. Nie chciałam przechodzić tego stanu następnego ranka, dlatego związałam je luźny kok, w sam raz do spania. Wszyscy goście zmyli się dopiero jakąś godzinę temu, poganiani przez Jurgena. On sam argumentował to tym, że po takiej ilości szampana jaką wypili nie będą jutro w stanie dotrzeć na trening, nie mówiąc o wstaniu bez kaca. Niestety większość zebranego towarzystwa była tego samego zdania i impreza, która trwała dość krótko, musiała się skończyć. Ale zdołaliśmy sobie obiecać, że w najbliższy wolny weekend - bez żadnych meczy - spotykamy się równie dużą grupą w domu ich trenera, co on sam z resztą zaproponował. Nikt nie zgłosił protestów. W rogu lustra ujrzałam Marco wchodzącego do naszej... wspólnej sypialni. Intuicyjnie spuściłam wzrok, czując, jak na policzki wstępują mi ogniste rumieńce. Po chwili jednak zdołałam w miarę się opamiętać. Nie czułam już ani grama złości,
- Jak ty to wszystko zorganizowałeś, cwaniaku? - uśmiechnęłam się do niego łagodnie, kiedy zamknął swoją dłoń w mojej, delikatnie całując jej wierzch.
- To Mats pomógł mi to wszystko ogarnąć. Sam nie mam zbytnio głowy do takich rzeczy. Podobało ci się? - zapytał cicho, jakby bojąc się mojej odpowiedzi.
- Bardzo! Nawet nie wiesz, jaka byłam zaskoczona.
- Właśnie o to mi chodziło. Wiedziałem, że początek tego dnia nie był taki, jaki sobie planowałaś, więc tym lepiej zależało mi na tym, żeby zrobić Ci tą niespodziankę - odparł na jednym wdechu, kiedy zaczęłam rysować paznokciem różne wzorki na jego klatce piersiowej.
- Ale nie musiałeś mnie tak od razu całować przy wszystkich - jęknęłam z żalem, chociaż tak naprawdę nie miałam mu tego za złe. Objął moją talię ramionami i zaczęliśmy się nieznacznie kołysać.
- Czemu? I tak wszyscy wiedzą, że jesteśmy razem. Nigdy ci to nie przeszkadzało, jak robiłem to przy jeszcze większej publiczności, po meczach - powiedział obrażony, przybierając niemalże taki sam ton jak Marcel w windzie, kiedy rozmawialiśmy.
- Daj spokój. Przecież dobrze wiesz, że uwielbiam doprowadzać twoje fanki do białej gorączki - wyszeptałam konspiracyjnie, kilka razy dźgając go palcem w klatkę piersiową. Ten nagle zaskowyczał z bólu, próbując mnie przestraszyć, ale nic z tego.
- Przecież mogłaś przebić mi serce, ty bezduszna kobieto! Czym ja bym cię wtedy kochał, mądralo?
-------------------------------------------
Po więcej niż miesiącu mobilizacji wykładam wam na tacę nowy rozdział (zakładając, rzecz jasna, że ktoś to jeszcze w ogóle czyta). Nowy wygląd bloga zawdzięczam jednej, szczególnej dla mnie osóbce, której naprawdę bardzo mocno za to dziękuję. :* Oglądaliście może wczorajszy mecz BVB w LM z Juventusem? Jak dla mnie ta porażka jest stratą jak najbardziej do odrobienia! Mam nadzieję, że miło wam się czytało moje wypociny w postaci tego rozdziału. :) 



środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 32. Zwycięstwo, jakiego jeszcze nie było.

  Moje serce nadal biło horrendalnie szybkim tempem. Nie wiedziałam, co mam zrobić z tym 'fantem' w postaci tych niespodziewanych przeprosin. Trudno mi było uwierzyć w to, że ta dziewczyna zmieniła się na lepsze. Odetchnęłam z ulgą, parkując na podwórku przed domem Sebastiana. Na pierwszy rzut oka wyglądał bardzo przytulnie. Zręcznie chwyciłam siatki z tylnego siedzenia, po chwili wysiadając z samochodu. W moim wybiegł Kehl, żeby pomóc mi wnieść wszystkie zakupy. Byłam z siebie dumna, ponieważ po raz pierwszy potrafiłam opanować myśli przed znajomą osobą. Moja przyjaciółka jednak posiadała chyba szósty zmysł i od razu po zobaczeniu mojej niezbyt radosnej miny wyczuła, że coś jest nie tak jak być powinno. Uniosła pytająco brwi bardziej ku górze, a ja bezgłośnie wyszeptałam imię blondynki. Zmarszczyła brwi, jednak nie potrafiła powstrzymać uśmiechu na widok ojca swojego dziecka tachającego torby. W między czasie zdjęłam skórzaną kurtkę, wieszając ją na wieszaku. Wydęła usta, patrząc na mnie z niemym wyrzutem.
 - Mówiłaś, że kupisz tylko trochę prowiantu - powiedziała, dokładnie akcentując ostatnie słowo. Ostrożnie objęłam ją na powitanie i ucałowałam w zaróżowiony policzek.
 - Będzie chłopak czy dziewczyna? - zapytałam cichcem, kompletnie ignorując ten wyrzut. Puściłam oko w kierunku Seby.
 - Dziewczyna. Na sto procent - odparła, prowadząc pod ramię w stronę salonu.
 - A właśnie, że chłopak! - odkrzyknął nasz przyszły ojciec. Oniemiałam z zachwytu, widząc duży kominek, w którym wesoło trzaskały płomienie. Naprzeciwko jednej z kanap stał płaski ekran telewizora, a obok niego na półce piętrzyły się płyty z filmami, które wybierałyśmy jeszcze krótko przed świętami.
 - Jak się czujesz? - spytałam, zaczynając sprawdzoną zabawę włosami dziewczyny. W dzieciństwie uwielbiałyśmy nawzajem pleść sobie warkocze i wymyślać inne zmyślne fryzury.
 - Na razie dobrze - westchnęła ciężko, kładąc mi głowę na barku. - Sebastian strasznie mnie rozpieszcza, chociaż ma teraz multum treningów.
 - Zasługujesz na to, księżniczko - odparł krótko, stawiając miskę z popcornem na kolanach Alex. Jak się okazało, nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby spożywała takie pokarmy. Mężczyzna usiadł obok niej, w końcu pilotem włączając telewizor. Kilka minut później zaczęła się jakaś komedia romantyczna, którą na pierwszy seans wybrała moja przyjaciółka. A któż by inny. Zawsze miała słabość do tego typu amerykańskim produkcji. Nie potrafiłam się jednakże skupić całkowicie na fabule filmu. Moje myśli wciąż biegły w stronę Dubaju. Marco. Na początku było mi trochę żal do niego o Sylwestra, jednak w końcu dałam sobie z tym spokój. W tej chwili on już zapewne wita Nowy Rok razem z Marcelem i Robinem. A o ile dobrze się orientuję, to Mats zabrał Cathy na jakiś wyjazd. Cała meczowa jedenastka wyjechała gdzieś za granicę. oczywiście skromnie pozwolę sobie wyłączyć z tego grona 'naszego' mężczyznę, który aktualnie siedział z nami na kanapie.
  Przewróciłam widocznie zirytowana oczami, widząc scenę miłosną. Co najwyżej mnie rozbawiła. Po chwili okazało się, że moich towarzyszy także. Miałam niemiłe wrażenie, że z tego całego wyjazdu nic dobrego nie wyniknie. Chociaż na odprawie pogroziłam palcem Marcelowi zastrzegłam z uśmiechem, żeby pilnowali siebie nawzajem z małym przymrużeniem oka. Nagle dzwonek do drzwi zaczął ostro dzwonić, nie dając mi innego wyboru, jak powstanie i obranie kierunku w stronę przedpokoju. Zdziwiło mnie to trochę, ponieważ na ten filmowy wieczór nie zapraszaliśmy nikogo więcej. Z wahaniem otworzyłam drzwi.
 - Miałem od tak pozwolić, żeby moja kobieta spędzała Sylwestra bez mnie? - zapytał głos, od którego podskoczyło mi serce. Po przejściu pierwszej fali zdumienia nie mogłam się powstrzymać i rzuciłam mu ręce na szyję.
 - Wariacie ty - mruknęłam zduszonym głosem, chłonąc znajomy zapach Marco. Podekscytowanie mieszało się z zdziwieniem. Przecież miał być teraz zupełnie gdzie indziej. Ale chyba po raz kolejny postanowił mnie zaskoczyć. Ucałował delikatnie mój policzek, ale i od tego krew zaczęła głośniej szumieć w uszach, a serce rozpoczęło swoją radosną galopadę.
 - Spokojnie, bo mnie jeszcze udusisz i nie będziesz miała kogo tak tulić.- zaśmiał się krótko, całując mój drobny nosek spierzchniętymi od zimna wargami - Już jesteś zadowolona?
 - Chyba nawet nie podejrzewasz, jak bardzo - pisnęłam uradowana niczym kilkuletnia dziewczynka, niechętnie rozluźniając nieco swoje ramiona. Spojrzałam mu prosto w oczy, spojrzeniem dziękując za wszystko co zrobił, by się tu dostać. Jak wyjaśnił mi w kilka minut, jeszcze dzisiaj w południe Alex zadzwoniła do niego i konspiracyjnym szeptem przedstawiła mu plan działania. W końcu trochę zmarznięci weszliśmy do domu
 - Pierwszy raz mój spisek miał szczęśliwe zakończenie - powiedziała szatynka, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolona. Usiedliśmy obok nich, zagarniając do siebie prawie pełną miskę kinowego przysmaku.
 - A to za karę! - pokazałam jej język. Najwyraźniej była przygotowana na taką okoliczność, bo zanim Sebastian zdążył ją powstrzymać, popędziła do kuchni. Kilka minut później wróciła z kolejną porcją. Reus coraz muskał wargami moją wygiętą szyję, więc mimo moich usilnych starań nie potrafiłam do końca skupić się na filmie. Pacnęłam go dłonią w czoło, z trudem powstrzymując ogromną ochotę na wybuchnięcie śmiechem. Wyciągnęłam nogi przed sobie, próbując znaleźć dogodną pozycję, by przypadkiem móc jutro normalnie usiąść. Postanowiliśmy nie fatygować się z włączaniem kolejnego, ponieważ zostało tylko jakieś dwadzieścia minut do północy. Razem wyszliśmy na zewnątrz, nie mogąc przegapić sztucznych ogni. Na szczęście szliśmy samotnie, nie napotykając się na innych. Złożyliśmy sobie nawzajem życzenia. Miałam nadzieję, że chociaż połowa moich planach na nowy rok tym razem wypali. Klubowa jedenastka popatrzyła na mnie z troską, kiedy Kehl zaczął obsypywać szatynkę pocałunkami.
 - Jak myślisz... możesz ten rok policzyć jako udany? - zapytał, splatając swoje palce z moimi. Westchnęłam głośno, mrużąc powieki w geście udawanego zastanowienia.
 - Owszem. Mamy siebie. To chyba jedno z naszych wspólnych zwycięstw, prawda?
                                                     --------------------------------
Nawet nie macie pojęcia, jaka jestem z siebie dumna, że dodałem dzisiaj ten rozdział. Jakoś nie mogłam się zebrać i go wam zaprezentować... Mam dziwnie wrażenie, jakbym poprzedni dodawała strasznie dawno temu, ale tak naprawdę minęło o wiele mniej czasu. ;) Żywię nadzieję, że spodobał się on wam równie dobrze jak poprzedni rozdział. Humor dodatkowo poprawia mi wygrana naszych piłkarzy. Oby tak dalej! :D

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 31. Przepraszam.

    Miałam ochotę uściskać Alex tak mocno, jak pozwoliłby mi na to moje wątłe ramiona. Zaproponowała mi wraz z Sebastianem nocny maraton filmowy, którego nie zamierzałam odpuścić za żadne skarby. Nie chciałam sama spędzać Sylwestra po tym, jak Marco wyjechał razem z Marcelem na krótkie wakacje do Miami. Nie miałam nic przeciwko ich wyjazdowi. Związałam włosy w koński kucyk, jeszcze raz wyliczając rzeczy, które będę musiała kupić w drodze do moich przyjaciół. Obejrzałam się w lustrze, nie dostrzegając jednak w sobie jakiejś większej zmiany. Byłam prawie gotowa do wyjścia. Zgasiłam wszystkie światła w mieszkaniu oraz dokładniej zakręciłam kurek w łazience, którego uszczelkę najwyraźniej trzeba będzie niedługo wymienić. Zasunęłam kurtkę pod samą szyję, wahając się, czy może zadzwonić do Reus'a. Chociaż nie, pewnie i tak jest teraz w trakcie imprezowania. Ostatni raz rozmawiałam z nim dzisiaj rano, a wszystko przez tą strefę czasową.
  Powiesiłam sobie torbę na ramieniu, wyjmując z kieszeni kurtki kluczyki do naszego wspólnego mieszkania, po czym dokładnie zamknęłam za sobą drzwi, po chwili zamykając je na cztery spusty. Tym razem wolałam zejść po schodach, widząc, jak nasi sąsiedzi w drodze na dół tłoczą się przy windzie. Pokręciłam głową, raźno stawiając każdy krok do przodu. Zimne powietrze gwałtownie uderzyło mnie w twarz, kiedy w końcu wyszłam z bloku. Odetchnęłam teoretycznie czystym powietrzem, idąc w stronę samochodu. Jakaś grupka przyjaciół szła brzegiem jezdni, niebezpiecznie wymachując butelkami po piwie, które sądząc po stanie ich trzeźwości były puste. Pokręciłam głową z niedowierzaniem malującym się na twarzy. Wsiadłam do mojego skromnego... Wróć. Była to jeszcze jedna rzecz, za którą czasami miałam ochotę przysłowiowo 'udusić' mojego chłopaka. Uznał, że jego dziewczyna musi mieć dobry samochód. I tak oto przedwczoraj dostałam spóźniony prezent w postaci czarnego mercedesa. Skłamałabym mówiąc, że mi się nie podoba. Ale byłam przeciwniczką takich drogich prezentów.
   Włożyłam kluczyki do stacyjki. Silnik wydał z siebie cichy pomruk, co wywołało u mnie swego rodzaju podekscytowanie. Ostrożnie wyjechałam z parkingu, kierując się w stronę odwrotną do zamierzonej. Inaczej nie mogłabym trafić do jednego z lepszych sklepów spożywczych na przedmieściach Dortmundu. Raz czy dwa bywałam w tej okolicy. Przez przyciemniane szyby widziałem zazdrosny wzrok niektórych przechodniów, które lustrowały pojazd. Spojrzałam z zdziwieniem na zegarek, stawiając się przez sklepem w o wiele szybszym czasie niż zazwyczaj.
Z miną pełną rezerwy do świata wysiadłam z samochodu, szybkim krokiem zmierzając ku przeszklonym drzwiom. Wpadłam do środka, prawie potrącając jakieś nastolatki, które zmierzyły mnie niezbyt przyjemnym spojrzeniem. Niestety coś takiego jest już normalnością. Wzruszyłam ramionami, tak naprawdę nie przejmując się takim stanem rzeczy.
   Wzięłam jeden z czarno-żółtych, plastikowych koszyków pod rękę i ruszyłam w wędrówkę między ladami. Na pierwszy ogień poszły serowe chrupki, które razem z Alex mogłyśmy jeść bez końca. Taka mała rzecz, a przywołuje naprawdę miłe wspomnienia. Dodatkowo dołożyłam kilka paczek misiowatych żelków.
  - Olivia?
Myślałam, że padnę. Z trudem powstrzymałam krzyk, który sam cisnął się na usta po rozpoznaniu osoby, która miała czelność je wypowiedzieć.
 - Coś chcesz? - zapytałam przez zaciśnięte zęby, spoglądając na nią z pogardą. Jej blond włosy były rozsypane na ramionach, a oczy spoglądały gdzieś w kąt, byle tylko nie na mnie.
- Chciałam... Cię przeprosić - wydusiła z siebie jednym tchem.
- Serio? Niby z jakiej racji miałabym uwierzyć w ich szczerość? - powiedziałam z przekąsem, chociaż w głębi duszy chciałam przebaczyć tej dziewczynie pomimo tego, co nam zrobiła. - Wiesz, ile przez Ciebie wycierpiałam?
- Proszę... Przepraszam za to wszystko... - pisnęła nerwowo, mocno zaciskając powieki w oczekiwaniu na moją odpowiedź. Wzięłam głęboki wdech, przesuwając wzrokiem po twarzy blondynki. Jakiś starzy pan przeszedł obok nas, prowadząc u boku prawdopodobnie swoją żonę. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, czy nasza daleko przyszłość z Marco będzie wyglądać podobnie. Będziemy szczęśliwi. Razem.
- Nie mogę Ci tego teraz wybaczyć. Nie potrafię - westchnęłam, dopiero po dłuższej chwili dostrzegając lekko okrągły brzuszek, który już dość wyraźnie rysował się pod kurtką. Wstrzymałam oddech, spoglądając na nią z lekkim przestrachem.
- To... Znalazłam kogoś. Felixa - dodała cichcem, jakby bojąc się mojej reakcji. Nie mogłam w to uwierzyć. A może naprawdę się zmienił? Dla niej? Zdusiłam w zarodku kąśliwy uśmiech, który zaczął wykwitać na twarzy. Niby co ja miałam jej teraz powiedzieć? Caroline, ogarnij się. To nie jest facet dla ciebie. Rzuć go, zanim zrobi krzywdę tobie i dziecku! Nie zamierzałam dawać jej żadnych rad. Sama musi zadecydować. Zdobyłam się tylko na krótkie skinięcie głową i niemrawy uśmiech. Odeszłam powoli w drugą stronę, próbując nie odwracać głowy do tyłu, by spojrzeć na nią po raz ostatni. Rękawami kurtki potarłam zaróżowione policzki. Drżącymi rękoma chwyciłam tubkę mleka skondensowanego, próbując przy tym nie upuścić tego na podłogę. Kiedy miałam już wszystko, co było mi potrzebne na naszą sylwestrową domówkę, podeszłam do kasy i zapłaciłam za całość, chcąc jak najszybciej stąd wyjść.
  Grudniowe powietrze zadziałało na mnie kojąco. Ta nagła skrucha dziewczyny była dla mnie na tyle dziwna, iż nie pozwoliłam wprowadzić siebie w błąd. Nie miałam pewności, że robi to z czystego serca. I niby dlaczego właśnie teraz chciała aż tak bardzo przepraszać za to, co zrobiła? Czując łzy gromadzące się w kącikach oczu, dotarłam do samochodu, prawie biegnąc. Chociaż na tych wysokich obcasach to nie lada wyzwanie. Już dość napłakałam się przez tą blondynkę! Trzasnęłam drzwiami, opierając czoło o skórzaną kierownicę. Nie chciałam w to wierzyć, ale każdy, nawet najgorszy człowiek, ma prawo do szczęścia.
                                    ---------------------------------------------
Przepraszam was za taką długość tego rozdziału, ale i tak pisałam go dwa tygodnie. Więc i tak jestem dumna, że go wam oddaję. Chyba nie spodziewaliście się akurat takiego zwrotu akcji, co? :) Bynajmniej życzę wam, aby ten rok był o wiele lepszy od poprzedniego i obfitował w więcej zwycięstw naszych chłopaków! Trochę spóźnione te życzenia, ale to nic. Tymczasem zapraszam was na bloga : http://solider-mitch-langerak-bvb.blogspot.com <---- którego piszę z inną pisarką! :D

sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 30. Prezentów moc

        Na czubek nosa spadła mi śnieżynka. Strąciłam ją ręką, patrząc na plecy blondyna, który wypakowywał prezent dla Nico z bagażnika samochodu. Została tam jeszcze jedna torba, przeznaczona specjalnie dla Alex. Kupiłam jej poradnik dla przyszłych mam, ale chyba miał on na celu rozbawienie czytelnika niż cele edukacyjne. Dreptałam w miejscu, próbując rozgrzać swoje zmarznięte ciało, chociaż miałam na sobie puchową kurtkę. Czemu zawsze musi mu się z tym wszystkim tak długo schodzić? Teraz pewnie przepakowuje wszystko po kolei, bo jak zwykle z resztą zostawiał całą robotę na ostatnią chwilę. Sukienka którą wybrałam, dodatkowo nie ułatwiała sprawy. Na szczęście założyłam jeszcze czarne rajstopy, które w przyjemny sposób chroniły mnie przed nadmiernym zimnem. W końcu Marco uznał, że uporządkował każdy z prezentów i możemy ruszać do jego rodzinnego domu. Przejęłam mniejszą część pakunków, idąc ostrożnie w stronę już otwartych drzwi, skąd mogłam zauważyć Thomasa, ojca mojego chłopaka. Mimowolnie poczułam dumę, mogąc go tak nazwać.
      Blondyn szarmancko pomógł mi zdjąć kurtkę, wieszając ją na wieszaku w przedpokoju. Przedtem tych kilkanaście prezentów zostało schowane w szafie stojącej w przejściu do salonu tak, żeby nasz mały chłopczyk ich nie znalazł zbyt wcześnie. Dopiero dzisiaj będę miała okazję poznać obie siostry, Yvonne i Melanie. Obie jednocześnie podniosły głowy na mój widok a ja w tym momencie poczułam pewien dyskomfort, chociaż zaraz to uczucie odpłynęło równie szybko, jak się pojawiło. Natomiast nie to mnie tak naprawdę martwiło. Spojrzałam na Marco, marszcząc brwi. Widocznie zakłopotany prawie natychmiast odwrócił wzrok. Ostatnio był trochę nieswój, unikał bliższego kontaktu, o telefonach nawet nie wspominając. Zgodziłam się na Wigilię w ostatniej chwili, ponieważ chciałam wiedzieć, co go trapi.
    - Ciocia Olivia!- zawołał mały Nico, pędząc w moją stronę. Złapałam go za ramiona, podsadzając ku górze. Usiadłam z nim przy stole, ponieważ Manuela powiedziała, że wszystko jest gotowe. Marco usiadł obok, zsadzając niezbyt szczęśliwego z tego powodu siostrzeńca z moich kolan do swojej mamy. Wszyscy byliśmy zrelaksowani, oczywiście wyłączając z tego grona blondyna, któremu kilka razy tym nerwowym tikiem zdarzyło się przeczesać włosy. Mel dźgnęła mnie przyjacielsko łokciem w żebra, dyskretnie ruszając głową w stronę swojego brata. Pokręciłam tylko przecząco, dając odpowiedź na to nieme pytanie. Prowadziłam z obiema siostrami żywą rozmowę, czując gdzieś w głębi, że mnie zaakceptowały.Ukradkiem spojrzałam na świąteczne drzewko. Żywa choinka obwieszona błyszczącymi bombkami  wraz z światełkami nadawała wszystkiemu jeszcze bardziej domowy nastrój. Wstrzymywałam się od tego ostatkami sił, żeby jej nie przytulić. Spoglądałam na
wszystkich ukradkiem, ciesząc się, że mogłam się znaleźć dzisiejszego wieczora w tym wyjątkowym towarzystwie.
    - Jesteś tu jeszcze?- zapytał ciepły głos, na co musiałam odruchowo się uśmiechnąć. Marco pocałował mój lekko czerwony policzek, po raz pierwszy tego wieczora nie okazując zdenerwowania. Pod stołem splótł moje palce z swoimi, a ja chwilę później mogłam dokończyć jedną z wigilijnych potraw. Nasz kochany maluch nie mógł się doczekać prezentów, podbiegając do każdego z dorosłych po kolei. Kiedy nadeszła moja kolej, nie potrafiłam mu odmówić. Thomas wraz z Yvo poszedł po podarki, my natomiast rozsiedliśmy się na kanapach, trzymając w rękach gorącą czekoladę. Była naprawdę dobra, co skomplementowałam szybko wypitym napojem, pomimo lekko czerwonego języka. Zaklaskaliśmy ochoczo w dłonie, zagrzewając małego do rozrywania kolorowych papierków. Już po chwili był otoczony gronem zabawek, które najwidoczniej przypadły mu do gustu. Nagle dostrzegłam, że w tym gronie tylko ja nie zostałam obdarowana. Obie dziewczyny tuliły się w tym momencie do swoich mężów, ochoczo dziękując za podarunki.
   - Mam nadzieję, że ci się spodoba- wymruczał ostrożnie, otwierając przed mną ciężkie, aksamitne pudełeczko. Otworzyłam wieczko, nie mogąc wyjść z zachwytu.
   - Jest naprawdę piękny...-wydukałam wzruszona, nie mogąc ukrywać dłużej swojego wzruszenia. Naszyjnik był naprawdę piękny. Chłodny metal dotknął mojej szyi, a ja wprost nie posiadałam się ze szczęścia.
                                                   *****
    Pomimo wszystko, odetchnęłam z ulgą, znajdując ciszę w sypialni chłopaka. Otworzyłam torbę, wygrzebując z środka piżamę. Kątem oka dostrzegłam, że wkracza cichcem do pokoju. Objął mnie od tyłu, łaskocząc oddechem w kark.
    - Przestań-mruknęłam, chociaż tak naprawdę tego nie chciałam.
    - W zasadzie... to mam dla ciebie jeszcze coś. Chociaż to bardziej podchodzi do kategorii 'pytanie'- odparł trochę mniej pewnym głosem. Obróciłam się, spoglądając na niego spod uniesionych brwi. Czyżby przez to był spięty przez większość dzisiejszego czasu?
    - Czekam-zachichotałam, chcąc rozładować napięcie. By poczuł, że ma pod sobą o wiele pewniejszy grunt.
    - Zamieszkałabyś ze mną? Ja rozumiem, że dla ciebie może dla ciebie być za szybko...
    - Stój!-powiedziałam odrobinę zbyt głośno.-Tak. Zgadzam się.
 Przez kilka sekund chyba nie pojmował do wiadomości tego, iż odpowiedź była pozytywna. Przytknęłam swoje spierzchnięte wargi do jego ust, tak spragnione tego przyjemnego procederu.
Karygodne było tak przetrzymywać mnie bez chociaż delikatnego pocałunku. Powoli dochodziłam do wniosku, że powietrze nie jest wcale mi potrzebne do życia. Najpierw starał się być w miarę delikatnie, lecz po upływie chwili był coraz bardziej natarczywy. A ja wcale nie protestowałam, wręcz przeciwnie.  Całował jak szaleniec, za co kochałam go jeszcze bardziej.


CZYTASZ+KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ! :D

piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 29. Same niespodzianki

     Po dzisiejszym poranku między nami dało się wyczuć niemalże namacalne napięcie spowodowane kłótnią o zwykłą błahostkę. Ostatnimi czasu wcale nie czułam się dobrze. Miałam silne zawroty głowy, niekiedy wymioty oraz wahania nastroju. Pamiętam wczorajszy wieczór, kiedy doszłam do tego wniosku. Po tym wszystkim niemalże bałam się spojrzeć na Sebastiana w obawie, mając głupie wrażenie, że zaraz po tym dowie się, o co mi tak naprawdę chodzi. Przy śniadaniu przez przypadek strącił filiżanką z kawą, krzyknęłam coś gniewnie, wcale nad sobą nie panując tak jak zazwyczaj. Później jakoś poszło... i zanim tak naprawdę się obejrzałam, wychodziłam z mieszkania trzaskając drzwiami. Obcasy 'gniewnie' stukały o chodnik. Przez kilka godzin snułam się bez większego sensu po mieście. W pewnym momencie dopiero po kilkunastu minutach zdałam sobie sprawę, gdzie skierowałam swoje kroki. Nad moją głową lśnił szyld apteki. Z mocno bijącym sercem pchnęłam ciężkie drzwi. Gwałtownie uderzył we mnie podmuch klimatyzowanego powietrza, a nozdrza wypełnił zapach sterylności i leków. W jednym momencie straciłam całą pewność siebie, uświadamiając sobie w pełni, po co tutaj przyszłam.
     - Szuka Pani czegoś konkretnego?- zapytała uprzejmym głosem farmaceutka, dyskretnie przeciągając po całej mnie swoim spojrzeniem. W jej oczach zabłysły iskry, kiedy zorientowała się, kim jestem. Niezbyt specjalnie ukrywaliśmy swój związek z ukochanym.
     - Yhm... Gdzie są testy ciążowe?- odparłam, siląc swoje zaciśnietę gardło na lekki ton. Gestem ręki poprosiła, bym poszła za nią. Było ich kilka rodzai. Jakby wcale nie myśląc, wzięłam po jednym z każdego i ruszyłam do kasy. Włożyłam wszystkie do nieprzezroczystej torebki, po czym pośpiesznie wyszłam, chcąc mieć to wszystko już za sobą. Zadzwoniłabym do Olivii, ale była pewnie teraz z Marco, a nie chciałam jej przeszkadzać. Tydzień temu byli u jego rodziców. Miałam się z nią spotkać i wszystko obgadać, jednakże mój organizm po raz kolejny stanął na bakier. Przeprowadziłyśmy tylko długą rozmową telefoniczną. Dzisiaj był jeden z takich dni, kiedy pracy było nadzwyczaj mało i nie musiałyśmy siedzieć do wieczoru w biurze! Wróć, dzisiaj wcale tam nie byłam. Nie śpieszyłam się w drodze powrotnej do apartamentu. Przed wejściem do bloku sprawdziłam godzinę, by mieć stuprocentową pewność, że będę sama. Rzuciłam torbę w przedpokoju, zabierając tą drugą ze sobą do łazienki. Drżącymi rękoma otworzyłam pierwsze pudełko. Raz kozie śmierć.
     Dziesięć minut później cały mój świat legł w gruzach. Przecież to musi... musi być pomyłka! Zaczęłam uderzać zaciśniętymi pięściami w kafelki z powodu ogłuszającej bezsilności. Nogi miałam jak z waty, a mój mózg chyba jeszcze nie do końca przyswoił tą informację. Co ja teraz zrobię? Istniało tylko jedno, racjonalne wyjście. Nie chciałam, żeby tak wyszło. Ściskając nerwowo w ręce test, przeszłam do słonecznego salonu. Ukryłam twarz w dłoniach, a rzecz, która dała mi dowód mojej rozpaczliwej sytuacji rzuciłam obok. Wątpię, żeby on był jakoś tym szczególnie zachwycony. Usłyszałam jakiś głośny chrzęst, który dobiegał najprawdopodobniej z przedpokoju.
   - Boże... Alex, co się stało?- dobiegł do mnie zatroskany głos Kehla, aż boleśnie drgnęło mi serce. Otworzyłam zaczerwienione od płaczu oczy, wiedząc, że muszę mu to teraz powiedzieć, bo później nie zdobędę się na odwagę.
   - Ja... jestem... w ciąży!- wydusiłam z siebie jednym tchem. Spięłam wszystkie swoje mięśnie w oczekiwaniu na jego reakcję, tak ważną dla mnie.
    -Co?- powiedział dziwnie zduszonym głosem, nie mogąc najwyraźniej w to uwierzyć. Z resztą, podobnie jak ja.
   - Będziesz miał ze mną dziecko, rozumiesz?!- to zdanie niemal wykrzyczałam, chociażby w małym stopniu pozbywając się nadmiaru emocji. Upadł na podłogę, oddychając ciężko. Kiedy fala pierwszego szoku minęła, na kolanach podszedł do mnie i chwycił moje drżące dłonie. Ucałował je delikatnie. Chyba nie było tak źle, jak myślałam wcześniej. Jeszcze kilka minut temu myślałam, że ten cudowny sen skończy się raz na zawsze i po raz kolejny zostanę sama.
   - Kochanie - wykrztusił w końcu - to cudownie! Nawet nie wiesz, jak strasznie się cieszę!
                                                ********
    Radosne wieści spływały nieprzerwanie od samego rana. Najpierw Marco zaprosił mnie na kolację, a potem zadzwoniła Alex. W zasadzie tak na początku myślałam, jednakże w słuchawce telefonu usłyszałam Sebastiana. 
    - Zważywszy na to, że jest godzina jedenasta i leżę sobie spokojnie w łóżku...- nawet nie zdążyłam dokończyć, ponieważ przerwano mi w brutalny sposób. 
    - Przyjechalibyście razem z Marco jutro do nas na kolację?- zapytał, a w tle usłyszałam śmiech mojej przyjaciółki. 
    - Chociaż czuję w tym jakiś podstęp- zachichotałam- na pewno będziemy. 
    - To fajnie. W takim razie do jutra!- pożegnał się szybko, a ja odłożyłam komórkę na bok. Wstałam powoli, kierując pierwsze kroki w stronę dębowej szafy. Związałam włosy w koński ogon, po czym zaczęłam szperać w poszukiwaniu jakiegoś ubrania na co dzień. W końcu włożyłam mocno wytarte szorty i luźną koszulkę z logo Florence+The Machine. Przez dłuższy czas jeździłam na ich koncerty, jednak od momentu w którym przeprowadziłam się do Dortmundu byłam na nim tylko dwa razy. Postanowiłam już teraz wyjąć sukienkę i powiesiłam na drzwiach szafy. Dobrałam do tego czarne szpilki. Pomimo tego, że mieliśmy już koniec października, pogoda wciąż dopisywała. Wzdrygnęłam się mimowolnie, kiedy odkryłam na komodzie w korytarzu sporą warstwę kurzu. Co się dziwić-teraz większość czasu i tak spędzałam u Marco. Nie lubiłam sama siedzieć w pustym domu. Czasami zamienialiśmy się rolami i to on przyjeżdżał do mnie. Teraz widywaliśmy się nader rzadko, ponieważ sytuacja Borussi w tabeli była coraz gorsza i treningi zyskały na intensywności i zawsze był zbyt zmęczony.... Postanowiłam posprzątać, więc wkrótce chwyciłam za ścierkę oraz wodę z płynem. Włączyłam sobie wieżę i dość głośno podkręciłam muzykę. Zaczęłam od salonu, a czas mijał powoli i niezauważalnie. Nagle rytmiczne takty ucichły, 
    - Jak ty pięknie sprzątasz- blondyn był z siebie szczerze zadowolony, wzdychając- A wiesz, którą mamy godzinę?
     Jakby dla podkreślenia swoich słów postukał w tarczę zegarka, którego nosił na nadgarstku. Ubrał się w szarą marynarkę, która bardzo dobrze współgrała z białą koszulą i czarnymi dżinsami. Zaraz spojrzałam na tykający zegar. 
    - Przepraszam- mruknęłam przepraszającym tonem, całując go czule na powitanie. 
    - Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce sześć dni temu - westchnął, wcale nie mając zamiaru mnie puścić. W końcu jednak musiał dać mi odetchnąć. 
    - Poczekaj chwilkę, tylko wezmę prysznic i będziemy mogli jechać. 
    - A może ci w tym pomóc?- zapytał, unosząc jedną brew bardziej ku górze. 
    - Wiesz ty co!- pisnęłam, udając oburzoną, pokonując po dwa schody na raz. Pędem wzięłam sukienkę, buty i popędziłam do łazienki. Nawet jeśli chciałam zrobić to w szybkim tempie, zajęło mi to jakieś pół godziny. Materiał leżał idealnie, a wyglądał niczym nocne niebo usiane gwiazdami. Oczy podkreśliłam granatowym cieniem do powiek, optycznie je powiększając. Stukając wysokimi obcasami w końcu zeszłam na dół. Blondyn na mój widok aż zagwizdał z podziwu. Zadrżałam, czując na sobie jego baczny wzrok. Byłam ciekawa, jaką niespodziankę szykował na ten wieczór. 
                                      ---------------------------------------------
     Heeeej kochani. :* Stęskniliście się za mną chociaż troszkę? :D Mam skromną nadzieję, że tak. Korciło mnie od dłuższego czasu, żeby dodać tutaj ten rozdział... ale chyba dopiero teraz nabrałam do tego odwagi. Wyszedł trochę dłuższy niż na początku planowałam, ale tak naprawdę napisałam go w niecałą godzinkę. Jak ja się za wami stęskniłam! <3 

wtorek, 14 października 2014

Ważne dla ważnych ludzi

Hmmm...
Pisanie tego kosztuje mnie dużo sił. Nie chcę, żeby to się tak kończyło, aczkolwiek chyba musi. Proponuję jednak uważne przeczytanie tego komunikatu.
Chciałabym na jakiś miesiąc, może dwa zawiesić bloga. Wiem, że nie jest to jakaś strasznie długoterminowa przerwa, ale uznałam, że macie prawo o tym wiedzieć. Następny rozdział już się ukazał. Może się troszkę stęsknicie, albo i nie... :/ 

sobota, 11 października 2014

Rozdział XXVIII

    Umoczyłam spierzchnięte wargi w niemalże parzącej kawie, którą jakiś czas temu kupiłam w Starbucksie na wynos. Dla siebie i Marco wzięłam dodatkowo muffinki z jagodami i kawałkami czekolady, którą podjadał w czasie postoju na światłach. Zapewne już dawno bylibyśmy na miejscu, gdyby nie fakt, że w ten ciepły, piątkowy wieczór Dortmund był wyjątkowo zatłoczony. W sumie nie byłoby się co dziwić. Wszyscy uciekali odpocząć do jakichś małych domków, z dala od ogłuszającego harmideru miasta. Chociaż mnie to nie przeszkadzało. Zabębniłam palcami o materiał czarnej, rozkloszowanej spódnicy lekko ponad kolano. Dodatkowo nałożyłam kremową, elegancką bluzkę z płaskim  kołnierzykiem ozdobionym błyszczącymi kryształkami. Włosy zostawiłam rozpuszczone na wyraźną prośbę blondyna. Poparł to stwierdzeniem, iż wyglądam tak najładniej. Próbowałam ukryć swoje coraz większe zdenerwowanie. Odstawiłam na wpół pusty kubek do okrągłej wnęki. Wzdychaj po raz któryś spojrzałam z niepokojem na wyświetlacz, co rusz sprawdzając godzinę. Aktualnie było wpół do siódmej. Nie chciałam, żebyśmy  - przede wszystkim chodziło tu o mnie - wywarli złe wrażenie. Spróbowałam wyciągnąć nogi jak najbardziej do przodu, żeby je trochę rozprostować. Nikły, z denka drwiący uśmieszek wykwitł powoli na twarzy Marco.
   - Denerwujesz się?- zapytał rozbawionym tonem, nie zadając sobie nawet trudu, żeby go w jakikolwiek sposób ukryć.
   - A jak myślisz? Dla twojej wiadomości :tak, owszem. Nawet nie wiesz, jaki stres odczuwam - wymruczałam cicho, obejmując się ramionami, które jak na zawołanie pokryła gęsia skórka.
   - Pamiętaj o tym, że będę tam z tobą, kochanie - powiedział zadziwiająco krzepiącym tonem, pocieszająco ściskając moje kolano. Trzepnęłam go gazetą po ręce, tłumacząc przy tym, że kierownicę trzyma się dwoma rękami, a nie jedną. Syknął, jakby to naprawdę bolało. Odetchnęłam w wyraźną ulgą, kiedy w końcu mogliśmy spokojnie ruszyć do przodu. Palcami dość niecierpliwie miętosiłam kraniec spódnicy. Dyskretnym ruchem ją wygładziłam, powoli nabierając powietrza. Uznałam, że to istna głupota denerwować się aż tak bardzo tym spotkaniem. Nie ma czym. Nagle skręciliśmy na schludnie urządzone osiedle, a ja nie miałam wątpliwości, że niedługo będę musiała wysiąść. Przełknęłam ślinę, kiedy to przez otwartą bramę wjechaliśmy na jedno z podwórek. Ucałował mnie delikatnie, powtarzając, iż wszystko pójdzie dobrze. Wysiadł z samochodu, chwilę po tym otwierając mi drzwi. Postawiłam na czerwonej kostce parę niepewnych kroków, stukając głośno wysokimi obcasami. Blondyn ścisnął moją rękę, prowadząc mnie w stronę domu.
   - Marco!- powiedziała lekko ochrypłym, ale przyjemnym dla uszu głosem jego mama, obejmując swojego syna na powitanie. Widziałam, jak twarz powoli rozjaśnia mu uśmiech. Jak na razie stałam trochę bardziej z boku, żeby im nie przeszkadzać. Przeczesałam włosy smukłymi palcami, drepcząc w miejscu. Uśmiechnęłam się dość nieśmiało, kiedy ścisnęła moją rękę.
    - Mamo- powiedział, odchrząkując z grzeczności.- Poznaj moją dziewczynę, Olivię.
 Pomimo wszystko byłam dumna z tego, że nazwał mnie tak w obecności ważnych w jego życiu ludzi. Poklepała delikatnym ruchem moje plecy, tym samym zapraszając nas do środka. Razem wkroczyliśmy do przedpokoju.
    -Niesamowicie miło mi cię w końcu poznać. Syn opowiadał o tobie tyle dobrego, że chyba bym mu nie wybaczyła, gdyby nie przywiózł tego skarbu i nam go nie przedstawił - mrugnęła porozumiewawczo. Tym razem to mój chłopak był widocznie zakłopotany. Salon utrzymany był w żółtej tonacji z niewielką domieszką czarnego i szarego, które reprezentowały poduszki leżące na fotelu. Na jednej z kanap siedział tata Marco, który nerwowym ruchem razem ze mną zasiadł na większej z kanap. Teraz role zdecydowanie się odwróciły, ponieważ ja byłam rozluźniona. Zaczęłam kreślić na wierzchu jego ramienia małe kółeczka, które powoli zwiększały swoją średnicę.
   - Olivia, mam rację?- zapytał, na co tylko skinęłam twierdząco głową.- Jestem niewymownie zachwycony, mogą cię widzieć przy boku mojego syna. Mów mi Thomas. A Manuela też się nie obrazi, jak będziesz do niej mówiła po imieniu.
   Nie mogłam, czy nie potrafiłam powstrzymać szerokiego uśmiechu. Do mojego czułego nosa doszedł smakowity zapach z kuchni. Na ścianie zauważyłam wisząca fotografię przedstawiającą całą ich rodzinę. Ukłucie tęsknoty przypomniało mi o swoich rodzicach, którzy nie raczyli się do mnie odzywać już ponad pół roku. Zacisnęłam usta w wąską kreskę, nie chcąc psuć sobie tej chwili wspomnieniami dzieciństwa. Marco przyciągnął mnie do siebie. Trwało to najwyżej kilka sekund, ale wydawało mi się, że wymienili spojrzenia, które potrafią zrozumieć tylko oni. Nikt inny. Nagle do pomieszczenia wszedł mały chłopiec. Miał najwyżej sześć, siedem lat. Kędzierzawe blond włoski okalały strąkami okrągłą twarzyczkę. Z prędkością świata zasiadł na kolanach swojego wujka. Kiedy ciekawskie spojrzenie Nico spoczęło na mnie, przekrzywił twarz, uderzając palcami w policzek. Zanim Marco w jakiś sposób zdołał go powstrzymać swojego siostrzeńca, zasiadł na moich kolanach.
  - Plosie Pani... A jak Pani kocha mojego wujka, to ożenisz się Pani z nim, tak samo jak moja mamusia z tatusiem?