środa, 25 lutego 2015

Rozdział 33. Łyżką po łapkach.

Spojrzałam spod zmarszczonych brwi na Marcela, który dość skutecznie uniemożliwiał mi wejście do bloku. Położyłam ręce po bokach, dość sugestywnie patrząc się na drzwi za chłopakiem. Ale on niemalże całkowicie mnie ignorował, co chwilę sprawdzając telefon. W końcu szarpnęłam go za kurtkę, próbując wymusić, żeby w końcu łaskawie się odsunął. Miałam już serdecznie dość tego dnia. W pracy zostałam zawalona dodatkowymi papierzyskami przez Alex, a w drodze z nimi do Breckel stałam praktycznie przez dwie godziny w korku. Byłam mocno zdziwiona, widząc samego Jurgena sprzątającego piłki po treningu. Pomogłam mu wszystko doprowadzić do porządku, przy okazji oddając mu wyniki badań, które powinny pomóc wszystkim piłkarzom w dopasowaniu do ich potrzeb metod treningowych. On też nie był specjalnie rozmowny na temat, gdzie zniknęli piłkarze. Odpowiedział mi dość wymijająco, żadnych konkretów. Także dodzwonienie się dzisiaj do Marco graniczyło z cudem, bo za każdym razem, kiedy to robiłam, słyszałam tylko jego głos nagrany na automatycznej sekretarce.  Byłam coraz bardziej zdenerwowana i sfrustrowana takim stanem rzeczy. Nie dość, że z każdą chwilą marzłam coraz bardziej, to nie wymyśliłam żadnego sposobu na to, żeby nakłonić Fornella na wpuszczenie mnie do środka. Tupnęłam obcasem o betonowy chodnik, na co potrafił odpowiedzieć tylko drwiącym uśmieszkiem. Drgnął gwałtownie, najwyraźniej odczytując jakąś interesującą wiadomość na rozświetlonym ekranie komórki.
- Pozwolisz? - zapytał śmiało, otwierając przede mną drzwi. Z ledwo widocznym grymasem na twarzy wkroczyłam do środka, od razu kierując swoje kroki w kierunku windy. U mojego stanął rozbawiony szatyn, towarzysząc mi przez całą drogę.  Byłam teraz niemal pewna, że coś jest nie tak. Znając życie, uknuli coś wścibskiego z Reus'em, mającego na celu trafne wyprowadzenie mnie z równowagi. Sama nie wiem, dlaczego od samego ranka chodzę taka zła. Może dlatego, iż Niemiec raczył zostawić mi na komodzie krótką karteczkę z informacją o imprezie u Robina i prawdopodobnie nie wróci na noc? Chociaż... to wszystko nie trzymało się ładu. Co tutaj robił ich jeden z wierniejszych przyjaciół, jeśli tamci dwaj bardzo dobrze się bawili? Nie raz widziałam dobrze rozluźnionego przyjaciela mojego chłopaka po alkoholu i innych, bardziej odurzających trunkach, ale teraz prawie dławił się śmiechem, zasłaniając usta dłonią.
- Z czego tak bardzo się cieszysz? - warknęłam nieprzyjemnie, wyjmując kluczyki do mieszkania.
- Nie wolno mi? - odparł, udając oburzonego. Przyłożył dłoń do klatki piersiowej, kilkakrotnie się w nią poklepując. Pokręciłam głową, mamrocząc tylko coś braku kultury. Bynajmniej w głębi duszy tak naprawdę bardzo go lubiłam, mimo tego, że najczęściej podczas naszych wspólnych spotkań na kawie razem z klubową jedenastką, uwielbiał przy każdej możliwej okazji robić mi na złość.
- Przecież tobie wszystko wolno, więc dlaczego zadajesz aż tak głupie pytania?
Pokazałam mu język, jak umiejętnie poradził mi kiedyś mój chłopak, który teraz nie chciałby znaleźć się na mojej drodze. Stał sobie spokojnie, niewzruszony moim ostrym warknięciem. Kiedy tylko winda stanęła na właściwym piętrze, wypadłam z niej niczym struś pędziwiatr i ruszyłam w kierunku właściwych drzwi. Włożyłam klucze do zamka, przekręcając je z głośnych chrzęstem. Nawet nie musiałam się oglądać, żeby wiedzieć, że Marcel stoi tuż za mną. Otworzyłam swobodnie wejście, dostrzegając całe mieszkanie spowite w mroku. Zaczęłam błądzić ręką po ścianie w poszukiwaniu któregoś z włączników, niestety jak na złość nie znalazłam żadnego. Zaklęłam cicho, prawie potykając się...
- Niespodzianka!
Zamrugałam powiekami, kiedy do moich oczu dobiegło zbyt dużo światła po dłuższej chwili przebywania w mroku. W dość obszernym salonie ujrzałam niemalże wszystkich piłkarzy Borussi, włączając w to ich dziewczyny i żony. W całym tym doborowym gronie nie mogło zabraknąć także Jurgena z Ullą, który niemal niezauważalnie puścił oko w moim kierunku, kiedy dołączył do niego ten perfidny zdrajca. Nad sufitem pałętały się różnokolorowe balony oraz transparent na moją cześć. Na fotelu wygodnie rozsiadła się Alex, trzymając na kolanach kolorową torebkę. Wszyscy zaczęli Sto lat!' , a ja dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi.
wiwatować, śpiewać '
Marco wyforsował się na przód całej grupy, z uniesionych podbródkiem spoglądając prosto w moje roziskrzone oczy. Od tak, przy wszystkich, pocałował mnie dość...namiętnie, czym skutecznie wywołał gromki aplauz całej zgromadzonej publiczności. Kiedy już postanowił udostępnić mi dopływ powietrza, z małej, białej torebeczki wyjął bransoletkę. Był to cienki, aksamitny w dotyku rzemyk, na którym wisiało złote serduszko z wygrawerowanym napisem, którego nie dało się odczytać na pierwszy rzut oka. Dopiero kiedy skierowałam je pod światło, mogłam ujrzeć dedykację. 'Dla kobiety, która zawróciła mi w głowie ~ Marco' - przeczytałam w myślach, drżącymi opuszkami gładząc metalową powierzchnię. Reus delikatnie zapiął ją na moim nadgarstku, następnie odwracając się w stronę zgromadzonych. Wszyscy mieli w dłoniach kieliszek szampana, który po wielokrotnym odśpiewaniu życzeń wypili duszkiem.
- Skąd wiedziałeś, że mam dzisiaj urodziny? - zapytałam konspiracyjnym szeptem, kiedy to przyszło do krojenia tortu.
- Powiedzmy w tajemnicy, że mu trochę pomogliśmy! - zawołali chórem Mats, Kuba i Łukasz. Trzepnęłam każdego po kolei łyżką po łapkach, zanosząc się przy tym ze śmiechu. Mogłam się tego wszystkiego domyślić, ale jak zwykle zdołali zachować całą niespodziankę w tajemnicy. Ostatnio zaczęłam zacieśniać swoje stosunki z dwoma piłkarzami z Polski. Nawet dobrze się dogadywaliśmy, co mogę powiedzieć też o Ewie i Agacie. Z trudem przepchnęłam się przez tłum, po drodze jeszcze raz zbierając serdeczne życzenia i uściski. W końcu zdołałam dotrzeć do Alex, która nadal siedziała na swoim miejscu. Bez mrugnięcie okiem wcisnęła mi do ręki torebkę, która intrygująco zagrzechotała. Zachęcona przeze mnie wstała powoli, delikatnie obrysowując swój lekko wypukły brzuch, którego nikt już nie dziwił. Pamiętam dzień, w którym to Kehl postanowił tak oficjalnie przedstawić ją innym. Szatynka niepotrzebnie się stresowała, ponieważ nikt nie zrobił z tego problemu. Po raz któryś wznieśli toast z moim imieniem na swoich ustach. Ale ja tak patrzyłam na jedne, które były mi naprawdę drogie.

                                                                 **********

Odłożyłam bransoletkę na wieszak do biżuterii stojący na komódce. Zaczęłam rozczesywać splątane włosy, w których złośliwie zaczęły tworzyć się kołtuny. Musiałam nieźle się namęczyć, żeby doprowadzić je do znośnego stanu. Nie chciałam przechodzić tego stanu następnego ranka, dlatego związałam je luźny kok, w sam raz do spania. Wszyscy goście zmyli się dopiero jakąś godzinę temu, poganiani przez Jurgena. On sam argumentował to tym, że po takiej ilości szampana jaką wypili nie będą jutro w stanie dotrzeć na trening, nie mówiąc o wstaniu bez kaca. Niestety większość zebranego towarzystwa była tego samego zdania i impreza, która trwała dość krótko, musiała się skończyć. Ale zdołaliśmy sobie obiecać, że w najbliższy wolny weekend - bez żadnych meczy - spotykamy się równie dużą grupą w domu ich trenera, co on sam z resztą zaproponował. Nikt nie zgłosił protestów. W rogu lustra ujrzałam Marco wchodzącego do naszej... wspólnej sypialni. Intuicyjnie spuściłam wzrok, czując, jak na policzki wstępują mi ogniste rumieńce. Po chwili jednak zdołałam w miarę się opamiętać. Nie czułam już ani grama złości,
- Jak ty to wszystko zorganizowałeś, cwaniaku? - uśmiechnęłam się do niego łagodnie, kiedy zamknął swoją dłoń w mojej, delikatnie całując jej wierzch.
- To Mats pomógł mi to wszystko ogarnąć. Sam nie mam zbytnio głowy do takich rzeczy. Podobało ci się? - zapytał cicho, jakby bojąc się mojej odpowiedzi.
- Bardzo! Nawet nie wiesz, jaka byłam zaskoczona.
- Właśnie o to mi chodziło. Wiedziałem, że początek tego dnia nie był taki, jaki sobie planowałaś, więc tym lepiej zależało mi na tym, żeby zrobić Ci tą niespodziankę - odparł na jednym wdechu, kiedy zaczęłam rysować paznokciem różne wzorki na jego klatce piersiowej.
- Ale nie musiałeś mnie tak od razu całować przy wszystkich - jęknęłam z żalem, chociaż tak naprawdę nie miałam mu tego za złe. Objął moją talię ramionami i zaczęliśmy się nieznacznie kołysać.
- Czemu? I tak wszyscy wiedzą, że jesteśmy razem. Nigdy ci to nie przeszkadzało, jak robiłem to przy jeszcze większej publiczności, po meczach - powiedział obrażony, przybierając niemalże taki sam ton jak Marcel w windzie, kiedy rozmawialiśmy.
- Daj spokój. Przecież dobrze wiesz, że uwielbiam doprowadzać twoje fanki do białej gorączki - wyszeptałam konspiracyjnie, kilka razy dźgając go palcem w klatkę piersiową. Ten nagle zaskowyczał z bólu, próbując mnie przestraszyć, ale nic z tego.
- Przecież mogłaś przebić mi serce, ty bezduszna kobieto! Czym ja bym cię wtedy kochał, mądralo?
-------------------------------------------
Po więcej niż miesiącu mobilizacji wykładam wam na tacę nowy rozdział (zakładając, rzecz jasna, że ktoś to jeszcze w ogóle czyta). Nowy wygląd bloga zawdzięczam jednej, szczególnej dla mnie osóbce, której naprawdę bardzo mocno za to dziękuję. :* Oglądaliście może wczorajszy mecz BVB w LM z Juventusem? Jak dla mnie ta porażka jest stratą jak najbardziej do odrobienia! Mam nadzieję, że miło wam się czytało moje wypociny w postaci tego rozdziału. :)